864-415-7644

Zmiany.

Przede wszystkim zmiana pracy i zmiana otoczenia. I – nie wiem jak trwala – zmiana rodzaju: od paru dni czuje sie do tego stopnia kobieco, ze zaczelam o sobie myslec w rodzaju zenskim i mi tak po prostu wygodniej. I jakby…naturalniej…?

Ale zmiana pracy wplynela na brak czasu – nie mialam glowy do zagladania tutaj. Pierwszy raz od paru tygodni. I nie spodziewalam sie, ze ktos w ogole tu cokolwiek skomentuje. Przepraszam. I dziekuje. Nie wiem co powiedziec. Bardzo mi milo. 🙂

W pracy nadal jestem facetem i nie bede tego zmieniac. Ale nie przeszkadza mi takie rozdwojenie, moja praca i moja prywatnosc nie maja punktow stycznych.

Siostry Wachowskie

Od długiego czasu szukam swojego stylu, swojego sposobu na wyrażenie siebie w kategoriach genderowych. Tego, że czuję się bardziej kobieco lub androgynicznie, niż męsko. Że odrzucam standardową, tradycyjnie pojmowaną, agresywną i patriarchalną męskość.

Przeszkadza mi jednak mocno fakt, że jestem dużym, grubym, łysym facetem koło pięćdziesiątki.

I nagle objawienie – Lilly Wachowski.

Otóż siostry Wachowskie są ode mnie nieco tylko starsze. Lilly zdecydowała się na coming out dwa lata temu. I patrząc po zdjęciach widać ewolucję – od zwalistego faceta, wygladającego nieco tylko szczuplej ode mnie, ale z podobnie meskim kształtem twarzy i głowy, poprzez sporo szczuplejszego kogoś w kapeluszu, nadal łysego, ale w dopinającej się marynarce, przez kobietę o wąskich ustach, w żakiecie i włosach wyglądających jak peruka, po piękną, raczej szczupłą kobietę w okularach i z bardzo naturalnymi długimi włosami przetykanymi siwymi pasmami.

Nie wiem czy fazy 2 i 3 nie były chronologicznie odwrotnie, ale jeśli osoba o moim wyglądzie może tak kobieco wyglądać po schudnięciu, to ja chcę. Znaczy, wolę się na razie zatrzymać w pół drogi, bo zależy mi na androgyniczności – ale to, ze można schudnąć i mieć ładnie kobiecą twarz… To mi daje nadzieję.

Dlaczego testy?

Miewam chwile zwątpienia.

Z jednej strony od wielu lat, od dzieciństwa, źle się czuję jako mężczyzna. Stąd marzenia o hermafrodytyzmie, o zmianie płci.

Z drugiej to mogła być odpowiedź na warunki, w jakich dorastałem – przemocowe środowisko, przemocowy ojciec. Jednocześnie próbowałem zasłużyć na jego uwagę, ale też nie chciałem być taki jak on.

Z trzeciej – lubiłem się bawić w dom i jak bawiliśmy się z samymi chłopakami, to byłem mamą. Lubiłem szyć, uczyłem się robić na drutach i szydełku, lubiłem bawić się z dziewczynami – ale na moim podwórku nie było dziewczyn w moim wieku. W końcu z jedną się zaprzyjaźniłem, potem, w liceum, z kilkoma innymi. Nie lubiłem grać w piłkę – byłem duży i niezgrabny, wolałem sporty wysiłkowe – pchnięcie kulą, rzut dyskiem. Ale generalnie nie interesowała mnie walka.

No ale z czwartej, też już jako kilkulatek lubiłem się całować z dziewczynami i je podglądać. A w tych, z którymi się przyjaźniłem, też się raczej podkochiwałem.

Lubiłem mieć długie włosy – jako dzieciak i nastolatek. Krępował mnie fakt, że byłem wówczas brany za kobietę. Ale głównie ze względu na śmiech kumpli. Gdy byłem nastolatkiem, kilka razy zakładałem się z dziewczynami, że będę chodzić z makijażem i/albo z warkoczem z kokardą. I nie krępowało mnie to, bo mogłem powiedzieć, że to zakład. A gdy koło trzydziestki zacząłem łysieć, bardzo mocno to przeżywałem.

A odkąd zdecydowałem się odrzucić te wyuczone zachowania przemocowe, jest mi w męskim ciele jeszcze gorzej. Bo wiem, że wielu kobietom jako facet kojarzę się z kimś, kto takie zachowania przejawia.

Zresztą przemoc fizyczną zdarzyło mi się zastosować jeszcze piętnaście lat temu, co do psychicznej – nadal w silnym stresie zdarza mi się nad sobą nie zapanować, wrzeszczeć na kogoś, wyzywać. A potem przepraszać. Tyle, że jest mi uczciwie wstyd. I wciąż nad tym pracuję. Przez ostatnie pięć lat zdarzyło mi się to kilka razy. Mniej niż dziesięć, więcej niż pięć. Staram się w takich chwilach wycofywać, uciekać. Niemniej nie mogę powiedzieć, że to przeszłość i ze umiem nad sobą panować w każdej sytuacji.

Trudno z tego wyciągnąć jakieś spójne wnioski.

Ale nie ma się co czarować – testy też nie dadzą jasnych wyników. Na razie pokazują, że mam przewagę cech androgynicznych albo kobiecych (zależnie od skali). Å»aden z kilku nie pokazał przewagi cech czy zachowań męskich.

610-595-5184

… ale tak realistycznie patrząc, co mogę osiągnąć?

Chciałbym być atrakcyjny dla osób, które mi się podobają, oraz dla tych, z którymi jestem blisko emocjonalnie. Nie zależy mi na skakaniu ze związku w związek, ale chciałbym czuć, że wśród moich bliskich osób nie wyglądam jak randomowy stary oblech, że akceptują mój wygląd, a nie tylko tolerują dlatego, że wiedzą, że jestem gdzieś tam w środku.

Tak się składa, że moje znajomości opierają się na internecie. Są to głównie osoby, które odkrywały internet mniej więcej wtedy, co ja, czyli w latach 2000-2005, żeby poznawać nowych ludzi i rozmawiać z nimi o najróżniejszych rzeczach. Moi rówieśnicy mieli już w tym czasie znajomych ze szkoły czy pracy i do internetu wchodzili rzadko. Ja nie miałem, bo nie umiałem nawiązywać i podtrzymywać znajomości, zresztą wciąż się przeprowadzałem i nie miałem stałej pracy.

Dlatego w interneie trafiałem na ludzi na tym samym etapie poszukiwań, ale sporo ode mnie młodszych. Duża część moich znajomych ma 30-35 lat. Przeciętnie jestem od nich starszy o jakieś 15 lat.

Z podobnych przyczyn od kilkunastu lat jestem w związkach z osobami młodszymi o kilkanaście czy nawet dwadzieścia kilka lat. Nie żebym do tego dążył, ale jakoś nie udaje mi się zainteresować sobą dziewczyn młodszych o kilka lat, nie kilkanaście. I w efekcie często są brane za moje córki, albo ja za ich ojca.

Kilka lat temu pewna siedemnastoletnia dziewczyna les powiedziała mi, że gdybym był kobietą, albo o dwadzieścia lat młodszy, to moglibyśmy być razem. Kobietą w sensie fizycznym, nie psychicznym. Ależ to wtedy zabolało. Niestety, nauka nie zdąży się chyba za mojego życia rozwinąć na tyle, by można było NAPRAWDĘ zmienić płeć – tj. otrzymać komplet pełnosprawnych organów płciowych, normalnie i w 100% funkcjonujących.

Z drugiej strony pewna znajoma, mniej więcej w moim wieku, równie szeroka jak ja, chociaż dużo niższa, ale długowłosa i z inteligencją jak brzytwa, nie ma problemu ze znajdowaniem sobie dziewczyn jedna po drugiej. Inna znajoma, również w moim wieku, normalnej budowy i dość wysoka, tym bardziej.

Wychodzi na to, że jednak najwięcej atrakcyjności odbiera mi wiek: ta siwizna i łysina. No i bycie fizycznie facetem – bo w moim wieku grożę patriarchalizmem, zdominowaniem, mansplainingiem, a co najmniej ciążą.

Teoretycznie mogę to zmienić, jeśli będzie mnie stać na różne cuda wianki – fizjoterapie, zabiegi, aktywnie wspomaganą gimnastykę. Włosy na głowie mi nie odrosną – co najwyżej mogę sobie przeszczepić te z pleców. Włosy na ciele mi nie znikną – mogę co najwyżej poddać się zabiegom laserowej depilacji, zdaje się że są takie, po których można włos usunąć skutecznie. Mógłbym sobie wówczas pozwolić na tatuaże – teraz, pod tym futrem, nie byłoby ich w ogóle widać. Tak czy siak muszę sobie naprawić zęby (ortodoncja, implanty) – przy okazji mogę nieco poprawić kształt twarzy.

W efekcie za 3-4 lata miałbym nadal te moje 180 cm – ale ważył jakieś 80-90 kilo i wyglądał androgynicznie. Czy to pomoże? Czy nadal będę się czuł odsuwany na bok, marginalizowany, ledwo tolerowany?…

A na razie mogę kupować kapelusze. Apaszki. Biżuterię. To chociaż trochę poprawia humor…

S.A.G.E.

Naszło mnie dzisiaj na wyszukiwanie w internecie testów diagnozujących dysforię płciową. Znalazłem m.in. test S.A.G.E. Zrobiłem, a robiąc czułem się zdziwniej i zdziwniej.

Test powstał w 2002 roku.

Autorzy w ogóle nie dopuszczali opcji, że ktoś nie ma samochodu, nie zna amerykańskich kreskówek i komiksów.

Autorzy uważali, że każdy jest na tyle bogaty, żeby kupować to co chce, a nie to, na co go stać.

Autorzy uważali, że przedmioty szkolne są zgrupowane razem w taki sposób, że matematyka jest w naukach ścisłych, a geometria osobno. Ewentualnie matematyka z historią i geografią.

Autorzy uważali, że osoba nie zgadzająca się z własną płcią fizyczną będzie dążyć do jej operacyjnej zmiany, zupełnie nie przejmując się tym, ze jest to jedynie proteza – ze nie da się tak naprawdę stworzyć organów płciowych przeciwnej płci, a jedynie namiastki umożliwiające odczuwanie przyjemności ze standardowego seksu penetracyjnego. Tak jakby najważniejsza w poczuciu płci była zdolność do uprawiania standardowego seksu.

Autorzy uważali, że zgodność z własną płcią fizyczną określa się przez to, co kto ubiera, ewentualnie czy nosi zarost, makijaż, jaką preferuje długość włosów.

Oraz w ogóle nie dopuszczali myśli, że ktoś może nosić rozmiar, nie mający odpowiednika w rozmiarówce ubrań innej płci, albo że nie może zapuścić włosów, bo łysieje – o chorobach skóry nie wspominając. Albo że ma tak dużo zarostu i w tak mało dostępnych miejscach, że golenie ich nie miałoby sensu.

W związku z tym chyba kilkanaście pytań dotyczyło przebierania się za osobę przeciwnej płci i na ile osobę badaną podnieca to seksualnie. Pytanie o tyle głupie, że kobiety noszą męskie ubrania dość powszechnie.

Jasne, już się widzę w sukience, w którą od biedy włożyłbym jedną nogę, rajstopach wciągniętych mniej więcej do kolana i staniku dookoła szyi. Z długimi, rzadkimi, siwymi włosami. I skłębionym futrem widocznym na klacie i na plecach. Podniecające jak nie wiem co. ;-D

Owszem, test potwiedził to, co podejrzewałem, tj. ze mam osobowość (co najmniej) silnie androgyniczną, ale nic ponadto, bo się nie przebieram. A jednocześnie na skali pomiędzy brakiem konfliktów a transseksualnością określił mnie jako crossdressera.

… w oparach niezrozumienia…

Dotarł do mnie post (na zamkniętej fejsbukowej grupie LGBT):

Nasza koleżanka, która na stałe wyemigrowała z PL i od 2 lat jest szczęśliwa żoną swojej żony, zwróciła się do nas z prośbą o pomoc w badaniu rynku. Czy mogę prosić miłe Panie (tylko panie, bo taki jest target tej ankiety) o wypełnienie? Poniżej jej mail:
********************************************************************
mam wielka prosbe. potrzebuje pomocy dotyczacej wypenienia internetowej ankiety przez mozliwie jak najwiecej dziewczyn les, bi, trans, gender fluid. Czy moglabys mi pomoc i wypelnic ankiete, do ktorej link zalaczam ponizej?

Ankieta z firmy modowej i jak rozumiem dotyczy mody – mignął mi tylko przez moment podgląd, bo wymaga zalogowania się do Google Docs.

Trochę mi z tym niefajnie. Znaczy – i tak bym nie wypełniał, bo nie ubieram się „kobieco”. Ani nie jestem „miłą Panią”, przynajmniej z wyglądu ani według dowodu. Ale wolałbym określenie „osób gender fluid”. I mam wrażenie, że „osób trans” też byłoby stanowczo lepiej. Napisałem komentarz, mam nadzieję, że uwzględnią…

Trzeba uświadamiać.

undispersed

Jako osoba introwertyczna i potrzebująca wsparcia od bliskich i znajomych, bardzo bym chciał, żeby ktosie czytały to, co piszę, i komentowały.

Zależy mi, żeby przynajmniej posty o fantastyce i o płci czy orientacji w tejże były czytane i komentowane – możliwie szeroko.

Ale tu mam zgryz. Po wcześniejszych doświadczeniach mam duże obawy przed coming-outem. Szczególnie że ludzie nie rozumieją w ogóle problematyki osób genderfluid i nawet w środowisku LGBT+ nie jest ona powszechnie rozumiana.

W tej sytuacji wolałbym, żeby posty osobiste, o mnie, o moich wspomnieniach itp., były widoczne albo dla osób, które znam i im ufam, albo dla innych osób LGBT+, które mają podobne odczucia, przeżycia, problemy z rzeczywistością.

Mógłbym to rozwiązać na kilka sposobów.

Choćby zamykając tego bloga i dając dostęp tylko osobom znajomym lub poleconym. A jedynie wpisy o fantastyce wystawiając publicznie. Ale to by, hm, stygmatyzowało te wpisy.

Albo wrzucając wpisy o fantastyce nie tutaj, tylko na innego mojego bloga poświęconego konkretnie fantastyce (jeszcze nie działa) i linkując stąd. To z kolei odkrywałoby natychmiast moją tożsamość przed osobami z polecenia – ale tego bym się chyba nie musiał obawiać?

Albo dublując wpisy – tu i tam. Tu bylyby tylko dla zalogowanych, tam powszechnie dostępne. Tu mógłbym do nich dodać trochę więcej przemyśleń osobistych. A i osoby czytajace je tutaj mogłyby bardziej od siebie komentować. Bylebym nie pomylił, gdzie komu odpowiadam…

Jakieś pomysły, ktoś?

(Uwaga: blog jest moderowany, każdy komentarz wymaga zatwierdzenia, więc nie będzie ich początkowo widać – ale zaglądam często, po kilka razy dziennie. Zachęcam do rejestrowania się.)

… o czym?…

To jest blog. Z definicji – miejsce do pisania o sobie. I owszem – będę pisać, kim jestem, a właściwie poszukiwać prawdziwej siebie. Będę pisać zarówno o tym, kim jestem teraz, jak i o zdarzeniach z przeszłości, które mnie ukształtowały.  Są rzeczy, o których pisać umiem i takie, których nie umiem ubrać w słowa. Są takie, których się nie odważę.

Przede wszystkim chcę pisać o tym, jak czucie się kobietą, hermafrodytą czy osobą bezpłciową zmienia moje postrzeganie świata i zasad, które w nim panują.

Chcę pisać o tym, co należałoby zmienić w wychowaniu dzieci, żeby wyrastały na mądrych, otwartych ludzi, którym (nie)pewność własnej seksualności nie przesłania całego świata.

Chcę móc tu czasem spuścić nadmiar pary, wykrzyczeć się – albo pomilczeć.

Będę tu pisać dużo o fantastyce – bo w fantastyce binarna płciowość i heteronormatywna orientacja są dość często kwestionowane i badane. Nie możemy tego zrobić w rzeczywistości, ale niektórzy pisarze maja bardzo plastyczną wyobraźnię i tworzą całkiem przekonujące postacie i światy.

Będę też, na miarę moich możliwości, pisać o psychologii, socjologii i medycynie w zakresie gender studies. Ale jestem tylko misiem o małym rozumku, bez wykształcenia kierunkowego, wiec nie traktujcie tego jako prawd objawionych i wytykajcie głupoty. Rezerwuję sobie jednak prawo do wewnętrznego przekonania, że czasem – przynajmniej w moim przypadku – jest inaczej, niż mówi nauka.

… ale Karril?…

Postać drugoplanowa z trylogii „Coldfire” Celii S. Friedman.

Trylogia opowiada o losach ludzkości, kolonizującej planetę, na której istnieje forma magii, odpowiadająca na ludzkie pragnienia i emocje – fae. Ludzie przywożą na planetę swoją religię, ale muszą ją dostosować do lokalnych warunków. Inaczej niespełnione pragnienia i żądze mogą ucieleśniać się i atakować przypadkowe ofiary.

Jednocześnie na planecie mieszkają Iesu – istoty określane przez ludzi jako demony, mające zdolność kontaktu z ludźmi, ale również mogące żywić się ludzkimi emocjami. Niektórzy ludzie decydują się oddawać Iesu cześć, dostarczając im emocje, których te pożądają, i otrzymując od Iesu w zamian to, czego pragną.

Karril jest Iesu, czerpiącym swoja moc z ludzkich przyjemności. Jego wyznawcy odprawiają nieustanną orgię na jego cześć. Jest przedstawiany jako rumiany, raczej krępy, brodaty mężczyzna, w aksamitach i futrze, obwieszony biżuterią.

Nie lubi bólu, choć może czerpać swoją moc również z sadystycznych przyjemności – jest to jednak, jak określa, spożywanie bez apetytu. Ale jego zgubą, nemesis, tym, czego boi się najbardziej, są apatia, dystymia, anhedonia.

Jest jednym z tych Iesu, którzy stosunkowo wcześnie znaleźli sobie ludzkich wyznawców, i jednym z bardzo niewielu, którzy znajdują przyjemność w obcowaniu z ludźmi, są skłonni im pomagać, a nawet zaprzyjaźniać się z nimi.

Gdy szukałem odpowiedniego internetowego nicka, ta postać skojarzyła mi się prawie natychmiast – ze względu na wygląd, na upodobania, na  przyjazne podejście do ludzi i na umiejętność poświęcania się dla ludzkich  przyjaciół.

W oryginale i w tłumaczeniu narracja przedstawia Karrila jako mężczyznę. Ale autorzy fanfików na AO3 zauważyli, że przecież jako demon wcale nie musi mieć określonej  ludzkiej płci… i to zdecydowało o wyborze.

Samą „Trylogię zimnego ognia” polecam – chociaż jest dość mroczna.
Trigger warning: jeden z głównych bohaterów żywi się ludzkim cierpieniem.

… więc kimże w końcu jesteś?

[To jest długi wpis, o bardzo roboczym charakterze. Próbuję w nim napisać o wszystkich ważnych rzeczach. Ale przez wiele lat życia zbiera się tych rzeczy bardzo dużo. Więc później potnę go na mniejsze kawałki.]

Usłyszałem kiedyś historię o człowieku, który przyszedł na spotkanie osób LGBT z niepełnosprawnościami. Gdy się przedstawiał, powiedział, że nie potrafi określić, czy jest meżczyzną, czy kobietą. Terapeutka prowadząca spotkanie zapytała go: „a czy czujesz potrzebę, by to jakoś wyróżniać? czy nie możesz po prostu czuć się sobą?” To okazało się odpowiedzią na jego problemy.

U mnie ta recepta nie działa.

Jestem introwertykiem, kontakty z ludźmi to dla mnie wysiłek – chyba że są to ludzie, których dobrze znam i czuję się z nimi swobodnie. Ale nie umiem podtrzymywać kontaktów – wydaje mi się, ze jeśli do kogoś zadzwonię bez powodu, to ta osoba będzie mi mieć za złe, ze przerywam jej odpoczynek. Ten problem dotyka ogół introwertyków. To powoduje, że znajomi się od nas odsuwają i zostajemy sami.

Z drugiej strony – mam niskie poczucie własnej wartości. Potrzebuję ludzi, potrzebuję robić coś razem z nimi, dla nich, potrzebuję czuć się potrzebny. Poczucie, że jestem potrzebny, daje mi siłę.

Ale praca z ludźmi, konieczność przebywania wśród nich, mnie wyczerpuje. Więc wciąż oscyluję między radością a zmęczeniem. Chyba że jestem wśród osób, które kocham. Ale takich osób jest mało, są rozrzucone poróżnych miejscach. I nawet wobec nich odczuwam nieśmiałość, zakłopotanie, jeśli mam im zawracać głowę…

Nie czuję się mężczyzną. Nigdy mnie nie bawiły „męskie” tematy czy zabawy. Kibicowanie, samochody, podrywki. Jako dzieciak wolałem zabawy w dom, czytanie książek, szycie, rysowanie, malowanie, pieczenie ciast, uprawianie ogródka pod oknem bloku (mieszkaliśmy na parterze), jeżdżenie rowerem.

Zawsze miałem wiecej przyjaciółek niż przyjaciół. Zawsze lepiej się czułem wśród kobiet. Lub dziewczyn. Ale nadal – czułem się nieśmiały, niepasujący, nietypowy. A jednocześnie, mając na podwórku głównie kolegów oraz probując zdobyć uwagę własnego ojca, którego prawie nigdy nie było w domu, bałem się podpaść i być „babą”.

Już jako mały chłopak czytywałem fantastykę – czytam ją nadal, recenzuję, próbuję pisać. Ale już wtedy w fantastyce znajdowałem światy, w których czułem się lepiej niż w rzeczywistości. Jednym z pierwszych tekstów, na jakie trafiłem, było „Houston, Houston” James Tiptree Jr. – o tym, jak trzech astronautów przypadkiem trafia na Ziemię za sto lat, na której żyją wyłącznie kobiety, bo mężczyźni wyginęli. Jeden chce je nawracać na patriarchalny chrześcijanizm, drugi oferuje im siebie jako byka rozpłodowego, trzeci po prostu patrzy i słucha, jak ten świat działa. Pierwszy ginie z rąk drugiego, drugi zostaje dawcą spermy do badań – po czym też, jak rozumiem, ginie. Trzeci pije podany napój – i tu akcja się urywa. Wtedy miałem nadzieję, że przeżywa, teraz wiem, że prawdopodobnie również ginie – nie jest w niczym potrzebny.

Ale moim miejscem z wyboru stało się Gethen Ursuli LeGuin, gdzie mieszkańcy byli hermafrodytami, gdzie wszyscy wszystkich traktowali tak samo, każdy mógł przyjmować dowolną rolę. Miałem wielką nadzieję, że medycyna w końcu rozwinie się na tyle, żeby płeć była opcjonalna, by można było ja zmieniać w ciągu życia bez operacji i ewentualnych powikłań czy negatywnych skutków. Tak jak w cyklu o Kulturze Iaina M. Banksa.

Kiedyś, jeszcze w liceum, na jakiejś lekcji wychowawczej, gdy rozmawialiśmy o orientacjach seksualnych, stwierdziłem, że chciałbym być lesbijką. Bo owszem, ciągnęło mnie do kobiet zarówno, by być jedną z nich, jak i erotycznie. Zawsze zachowywałem się dziwnie, więc potraktowano to jako jeden z przejawów tej dziwności. Niemniej ta deklaracja najlepiej podsumowywała to, co czułem.

Niestety – rzeczywistość poszła w inną stronę. Szukając zrozumienia i bliskości, wpadłem z pierwszą dziewczyną, z jaką zacząłem uprawiać seks. I przez kolejne lata musiałem wdrożyć się w rolę męża i ojca. Potem, po rozpadzie małżeństwa, przeszedłem przez kilka związków; dopiero niedawno zrozumiałem, że tak naprawdę przez te wszystkie lata udawałem i nadal udaję kogoś innego, niż jestem – bo pracuję głównie wśród mężczyzn, w dość typowych korporacjach z dość typowymi heteronormatywnymi współpracownikami – więc staram się wtopić w tłum.

Ale co teraz? Z jednej strony fizycznie jestem mężczyzną. Łysym, grubym, dużym, włochatym, siwym misiem. Zresztą gruby i bardzo owłosiony byłem już w liceum, i już wtedy zdawałem sobie sprawę, że jakakolwiek próba zmiany płci przy moich warunkach fizycznych byłaby groteską. Stanowczo łatwiej być brzydkim, nieatrakcyjnym mężczyzną niż brzydką, nieatrakcyjną kobietą. Szczególnie w Polsce, gdzie ludzie przywykli do niewybrednego oceniania i komentowania wyglądu innych.

Å»ycie nauczyło mnie pewnej apodyktyczności, otoczenie często oczekuje ode mnie przejmowania inicjatywy. Owszem – jeśli potrzeba lidera, to zaczynam wchodzić w jego rolę, wydawać polecenia – a jednocześnie umierać wewnętrznie ze strachu, ze coś popsuję. Staram się moje decyzje konsultować z innymi, ale komu można zaufać? W efekcie zachowuję się jak typowy facet.

Przywykłem do męskich zaimków. A właściwie inaczej – są one dla mnie neutralne. Kiedyś pewna osoba, którą kocham, odezwała się do mnie w rodzaju żeńskim. Skończyło się to kilkoma nocami pełnymi erotycznych snów, w których ta osoba była chłopcem, ja kobietą, i kochaliśmy się namiętnie – i ogromnego żalu po przebudzeniu, że to tylko sen, i tak przez kilka dni… Tak, zdarza mi się tęsknić do bycia kobietą fizycznie – z pochwą, piersiami, jajnikami, okresem. Ale się nie da. Można wytworzyć substytuty, nie można wyhodować prawdziwych.

Ale w liczbie mnogiej całkiem dobrze się czuję z rodzajem niemęskoosobowym. Odpowiada mi bycie jedną z osób w grupie.

No więc cóż, to ja. Osoba zmienna płciowo, fizycznie męska, psychicznie w większości żeńska – czasem hermafrodytyczna, czasem kobieca, czasem zupełnie aseksualna, męska stosunkowo najrzadziej. A poza tym wszystkim poliamoryczna, demiseksualna, panromantyczna, poliseksualna (przy czym  przede wszystkim sapioseksualna, czy też sapioromantyczna – a może sapiotropiczna? – warto by poszukać właściwego słowa), niebinarna i czasami trudna do wytrzymania. Ale o tym może przy innej okazji. 🙂

Trudno to wytłumaczyć komuś na jeden raz. Przede wszystkim fakt, że poczuwam się do bycia takiej czy innej płci, nie ma wpływu na inne sfery życia poza erotyczno-seksualną. Nie wymagam specjalnych zaimków, zadowalam się wyglądaniem i mówieniem jak facet. (Nie obrażam się jednak, gdy ktoś użyje formy żeńskiej i wśród bliskich preferuję niemęskoosobową liczbę mnogą).

Ponadto fakt, że czuję się (w przybliżeniu) kobietą, nie oznacza, że będę się ślinić na widok każdego faceta. Wszystkie ( 🙂 ) wiemy, że cis-hetero-faceci są przekonani, ze każdy z nich jest superatrakcyjny i kobiety nie lecą na nich wyłącznie z nieśmiałości i w poczuciu zasad (więc nie należy się przejmować tym, że mówią nie, bo to tylko zasłona dymna przecież), a geje tylko dlatego, ze się ich boja (bo przecież jakby takiego gej złapał za tyłek, to tak by dostał po pysku, że hej, albo i dwa heje). Przyznanie się do mojej płynnej i zmiennej seksualności nie oznacza, że nagle się w tej samej sekundzie zmieniam w nimfomankę, pożeraczkę mężczyzn. Akurat męskość kręci mnie raczej słabo.

Ale są sytuacje, gdy ma to znaczenie – tak naprawdę chciałbym, żeby większość moich znajomych kobiet nie czuła się spięta, że będę rzucać typowymi odzywkami wąsatego janusza – nawet jeśli na takiego wyglądam. Jestem całym sercem za tym, że kobieta to po prostu człowiek, w żaden sposób nie gorszy od mężczyzny. Nie zamierzam się wymądrzać, nie zamierzam tłumaczyć rzeczy oczywistych czy w ogóle wtrącać w rozmowę, o ile nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Umiem słuchać. Chciałbym móc się wtopić w grupę tak, by żadnej z osób nie przeszkadzała moja obecność.

Owszem zdarzają mi się zauroczenia, zakochania, ale to nie tak, że na kogoś intensywnie lecę – przeciwnie; żeby w ogóle kogoś pragnąć, potrzebuję najpierw silnej więzi emocjonalnej. Nie lecę z łapami, nie obściskuję, nie wykorzystuję sytuacji. Zaprzyjaźniam się, a jeśli dana osoba nie chce niczego więcej niż przyjaźń – OK, jestem po prostu przyjacielem i niczym więcej. Nie trzeba się mnie obawiać.